-->

wtorek, 7 października 2014

Rozdział 10

Obudzić się w takim obskurnym miejscu wcale nie było marzeniem Edith, której obolałe plecy świadczyły o dość długim czasie jej nieprzytomności. Usiadła, oparła czoło o dłoń, zaciskając przy tym dolną wargę górnymi zębami. Wyglądała jak ktoś, kto całą noc imprezował, budząc się rano z ogromnym kacem. Była kompletnie zdezorientowana, wspomnienia z poprzedniego wieczoru były zamazane.
Zaczęła się rozglądać. Wyglądało na to, że jest w jakimś opuszczonym, zakurzonym budynku, którego niektóre okna były zabite starymi, rozpadającymi się deskami. Nieliczne smugi światła padające na szarą od brudu podłogę, uświadomiły Edith, że jest dzień.
Wtedy przeszedł ją okropny, pełen niepokoju dreszcz. Sięgnęła drżącą ręką do swojego paska, wymacując po chwili uchwyt swojego pistoletu. Nadal tam był, co przyniosło jej tylko częściową ulgę. Wspomnienia zaczęły wracać, wraz z tymi, które przyprawiały ją o szybsze, przestraszone bicie serca.
Uciekła tajemniczemu mężczyźnie, wykorzystując przy tym parę sztuczek. Zabawnie było oglądać irytację na jego twarzy, gdy zorientował się o zgubieniu kobiety. Edith potrafiła oszukać mózg swojego prześladowcy, używając iluzji. Skupiła jego wzrok na jednej, jej rzeczy – była to akurat czerwona apaszka, którą wyciągnęła z kieszeni podczas pościgu. Gdy uznała, że skupił się na niej wystarczająco mocno po prostu zniknęła z jego z oczu.
W końcu stanęła przed drzwiami od pokoju Todda Callawaya. Nie słyszała żadnego dźwięku dochodzącego zza nich. Chwyciła za klamkę dłonią ubraną w ciemną, skórzaną rękawiczkę, drugą trzymając na kaburze. Pchnęła je, wchodząc szybkim krokiem do środka. W tym czasie wyciągnęła broń, trzymając ją przed sobą i rozglądając się po pomieszczeniu. Zrobiła dwa kroki. Poczuła bardzo znany jej zapach, charakterystyczny tylko dla jednej cieczy – krwi.
Skierowała wzrok na strużkę płynącą powolnie między panelami. Spojrzała na jej źródło, którą była głowa Todda. Strzał skierowany w bok głowy, na pierwszą myśl przyszło jej samobójstwo. Wyśmiała go w myślach za tchórzostwo.
Bardzo szybko zrzedła jej mina. Kobieta otworzyła usta ze zdziwienia, gdyż z cienia wyszedł Todd, uśmiechając się ironicznie, w dłoni trzymając pistolet.
Zrobił parę kroków w przód, kładąc broń na biurku stojącym przy ścianie.
- Bliźniak? – zapytała głupio.
Zaśmiał się złośliwie, marszcząc po chwili brwi. Nie odpowiedział. W powietrzu coś zadrżało, budząc jeszcze większy niepokój u Edith. Mężczyzna stawał się powoli wyższy, twarz nabrała ostrzejszych rys – stała się szczuplejsza, a włosy pociemniały do czarnego koloru.
Nie zdążyła mu się dokładniej przyjrzeć. Usłyszała uderzenia butów tak szybkie, że mógł to być tylko bieg. Mężczyzna zareagował natychmiastowo. Złapał ją, używając ogromnej siły, co przyczyniło się do utracenia przez nią równowagi, więc mógł o wiele łatwiej sterować jej ciałem, gdy nie stawiała mu oporu. Zaciągnął ją w róg pokoju.
Przypomniała sobie mocny uścisk, uniemożliwiający jej jakikolwiek ruch. Zimna dłoń na jej ustach, oraz chłód ciała osoby stojącej za nią. Równomierny, spokojny oddech, który po chwili zamienił się w złośliwy, mroczny chichot. Nie mogła odwrócić głowy, by przyjrzeć się swojemu przeciwnikowi dokładniej.
Próbowała się ruszyć, ale za każdym razem, mężczyzna wciskał boleśnie pięść w jej bok. Mogłaby się z tego wyrwać, gorszych rzeczy doświadczyła w życiu, jednak on miał tak cholernie dużo siły… czuła się jak szmaciana lalka trzymana w paszczy lwa.
Wejście Virveth było głośne, a w jej zachowaniu można było dostrzec lekki niepokój. To posunięcie było zupełnie nie w jej stylu – za głośne, nierozważne, mogące doprowadzić do jej porażki.
Edith dopiero po chwili zorientowała się, dlaczego druga zabójczyni tak postąpiła, choć były to bardziej domysły niż rzetelne informacje.
Martwiła się o nią do tego stopnia, że słysząc jej krzyk, ruszyła nierozważnie do pokoju, z którego doszedł?
Napastnik nadal stał spokojnie, trzymając ją w żelaznym uścisku. Edith wiedziała, że Virveth zaraz jej pomoże… jednak nic takiego się nie stało. Rozglądała się po pomieszczeniu, jakby szukała wzrokiem swojej wspólniczki. Była zdezorientowana, kompletnie nie wiedząc, jak ma w takiej sytuacji zareagować.
- Stój spokojnie, nie widzi nas. – poczuła, jak przechodzą ją dreszcze. Zimny głos, który wprawiał ją w uczucie osaczenia, bezsilności.
„Towarzysze to problem. Musisz się o nich martwić, być gotowym, by zawsze im pomóc.” W uszach starszej kobiety zabrzmiały te oschłe słowa. Virveth miała wtedy całkowitą rację, Edith przez swoją nieostrożność wplątała ją w niezłe tarapaty.
Agenci S.H.I.E.L.D wbiegli do pokoju, celując wprost w stojącą na środku Virveth, która trzymała bardzo mocno swoje dwa sztylety.
Jeśli Edith miałaby w przyszłości podać swoje najgorsze wspomnienie, to na pewno byłby to widok młodszej zabójczyni opuszczającej broń i unoszącej ręce w górę z tą pełną różnych, złych domysłów miną. Doskonale wiedziała, o czym tamta myśli w takiej sytuacji. „Zdradziła mnie? Uciekła? Co jest do kurwy?”
Szarpnęła jedną ręką, chcąc sięgnąć po swój pistolet wystającą z kabury przymocowanej do jej prawego uda. Nic to nie dało, sprawiła tylko, że mężczyzna westchnął zirytowany. Poczuła, jak z dużą szybkością puszcza jej ciało, lecz nim zdążyła cokolwiek zrobić, ogłuszył ją.
Ile czasu minęło, od kiedy tutaj jestem? Gdzie jest tamten facet?
Rozglądała się po brudnej ruderze, szukając wzrokiem czegoś, co pomogłoby ustalić jej położenie. Okna były zabite deskami, więc widok zza nich był dla niej niedostępny.
Powoli wstała, po czym ruszyła w stronę wyjścia z, prawdopodobnie, salonu, zostawiając za sobą ślady w szarym kurzu. Złapała się za framugę w nagłym przypływie słabości.
- Gdzie się wybierasz? – nogi się pod nią ugięły.
Odwróciła głowę. Przy jednej ze ścian stał mężczyzna, który ją ogłuszył.
- Kim ty jesteś? – zapytała, nie zważając zupełnie na jego pytanie.
Uśmiechnął się, ale nie w taki miły sposób, z którym kojarzy się uśmiech. Był pełen cynizmu, przez co czuła do niego jeszcze większą odrazę.
- Loki z Asgardu.
- Po co mnie tutaj przywlokłeś? Czego, kurwa mać, chcesz? – gniew zaczynał w niej narastać, a była wybuchowa niczym dynamit.
- Odzywaj się dalej tym tonem do boga, a za długo nie pożyjesz. – odpowiedział, podchodząc do niej. Aura, którą wytwarzał była bardzo podobna do Virveth, gdy ktoś ją poniżał. Zazwyczaj zwiastowała śmierć osobie, która nie trzymała języka za zębami.
Edith wyprostowała się, po czym stanęła przed Lokim, który był od niej wyższy, więc musiała zadrzeć głowę, by spojrzeć mu w oczy.
Wbiła palec w ubranie na jego piersi.
- Słuchaj no, nie wiem gdzie jest ten cały Asgard, ani kim tak naprawdę jesteś, ale wtrącanie się w nie swoje sprawy było głupie z twojej strony. Ja nie odpuszczam… - warknęła, marszcząc czerwone brwi.
Zaśmiał się, ale prawie od razu spoważniał, przygniatając ją do ściany. Głowa Edith znajdowała się pomiędzy jego rękami.
- Może i to nie moja sprawa, ale jest o wiele zabawniej, gdy nie jest zbyt prosto, nie uważasz?
- Ty gnoju… - jej ręka powędrowała do kabury. Wyciągnęła pistolet, przyłożyła do jego czoła…
… i pierwszy raz w życiu zawahała się. Pewność w jego zielonych oczach mówiła „no dalej, zrób to, zabij mnie”. Strzeliła. Głowa mężczyzny odchyliła się do tyłu, a z otworu w jego czole płynęła czerwona ciecz. Zaśmiała się do siebie trochę nerwowo, jednocześnie odetchnęła z ulgą.
- Ładny strzał, ale zawahanie odjęło na wrażeniu całej sytuacji.
Loki stał parę kroków od ciała leżącego na ziemi.
- J-jak…? – zaparło jej dech w piersiach.
Truchło zaczęło rozpływać się w powietrzu.
- Potęga iluzji leży w tym, jak realna jest dla odbiorcy. – odpowiedział złośliwie.
Ponownie strzeliła celując w jego stronę, a on po prostu zniknął, pojawiając się tuż przed nią. Złapał za jej broń, wyrywając ją z jej ręki, oraz odrzucając w ciemny kąt.
- Nie bądź żałosna. Możesz próbować wiele razy, a i tak nie dasz rady mnie zabić. Tylko na tym stracisz.
Zamilkł na chwilę, widząc jej zdezorientowanie. Widać było, że lubi dominować.
- Chyba chcesz jeszcze zobaczyć Virveth, hm?
Złapała go za podbródek prawą dłonią, kierując jego twarz bliżej siebie. Nie cofnął się, stał niewzruszony.
- Skąd ją znasz?
Szarpnął głową w bok, przez co kobieta puściła go.
- Powiedzmy, że łączą nas wspólne interesy – uśmiechnął się. – Poza tym muszę przyznać, iż jest dość ciekawą istotą.
- I dlatego się wtrąciłeś? – syknęła przez zęby.
- Znacie się dość długo, prawda? Nie mów mi, że nie zauważyłaś… Albo jesteś głupia, albo udajesz. Nawet człowiek by się zorientował.
Znów zamilkła. Przegryzła dolną wargę, znów porządnie marszcząc przy tym brwi. Jej wzrok był dziki, niebezpieczny. Dłoń delikatnie ułożyła na jego ramieniu, po czy objęła go obiema rękami za szyję.
- Naprawdę myślisz, że kiedykolwiek pytałam się jej o co dokładnie chodzi? To była jej sprawa, nie moja, dopóki była dobra w tym, co robi, nie przeszkadzało mi to. – mruknęła. Ton głosu zmienił się u niej diametralnie. Była teraz niczym kotka chcąca pieszczot od swojego pana.
- Zauważyłem, jak reaguje na sytuacje, w których jest w niebezpieczeństwie. Też to widziałaś, prawda? – chwycił ją w talii, przybliżając ku sobie. Poprawił jeden z czerwonych kosmyków, chowając go za jej małe ucho. Przejechała dłonią po jego klatce piersiowej, schodząc niżej.
Natychmiastowo złapał ją za dłoń. Zbliżył się do niej twarzą jeszcze bardziej.
- Naprawdę myślisz, że zdołasz mnie omamić swoimi wdziękami, nędzna kobieto?
Uśmiechnęła się tajemniczo.
- Mimo wszystko wyczuwam jakąś propozycję, którą zaraz od ciebie dostanę, prawda?
Mężczyźni tracili dla niej głowę, ponieważ była nieziemsko seksowna i zjawiskowa, a jednak teraz została odrzucona.
- Pomogę ci odzyskać twoją małą przyjaciółkę. Beze mnie nie macie szans.
Takiej oferty się spodziewała, bo skoro jej nie zabił, tylko przytaszczył w takie miejsce, to coś musiał od niej chcieć.
- Wytłumaczysz mi, Loki, czemu tak to wszystko zagmatwałeś, a teraz chcesz ją ratować? – znów się do niego zbliżyła.
Jego reakcja była dość straszna, przynajmniej dla kobiety, która nigdy w życiu nie miała do czynienia z typami spod ciemnej gwiazdy, ale Edith nawet nie mrugnęła, gdy zacisnął dłoń na jej smukłej, łabędziej szyi.
- Jestem bogiem kłamstw, oszustw… i psot.
***
To, z jaką prędkością się poruszali, zadziwiało Edith. Loki był zwinny, szybki, jeśli trzeba było, potrafił sprawić, że zniknęli. Widziała już wystarczająco dużo, by wierzyć mężczyźnie, gdy twierdził o swoim boskim pochodzeniu.
Najśmieszniejszy moment dla Edith był wtedy, gdy Haden i Varen zobaczyli Lokiego. Nie byli zbytnio zachwyceni obecnością kolejnego mężczyzny na ich „terenie”, ale musieli się z tym pogodzić.
- Naprawdę jest tutaj potrzebny? – zapytał Varen, niezbyt całą tą sytuacją zachwycony.
- Myślę, że każdy może się przydać. Miałeś jakikolwiek kontakt z S.H.I.E.L.D? – Haden skierował swoje pytanie do boga niegodziwości, który stał oparty o framugę drzwi od salonu.
Edith zachichotała. Nie wiedzieli, kim jest Loki, uznali go za dziwnego jegomościa w dość specyficznym ubraniu. Nie miała zamiaru wyjawiać im całej prawdy, przedstawiła go jako kogoś, kto będzie bardzo przydatnym nabytkiem, który pomoże odbić Virveth.
- Miałem. – odpowiedział krótko.
Haden uśmiechnął się do Edith, która powiedziała:
- Mamy parę spraw do załatwienia z Lokim, które pomogą nam ustalić parę rzeczy. Oczywiście też macie swój udział w planie, ale wdrążę was dopiero, gdy będziemy mieli wszystko ustalone.
Varen prychnął, nie lubił być zsuwany na drugi plan, a zwłaszcza przez kobietę w której się zakochał. Wyszedł z pomieszczenia, nic nie mówiąc. Reszta po prostu go zignorowała.
- Coś chcesz mi powiedzieć, Haden? – zapytała.
Mężczyzna zamyślił się na chwilę, jakby próbował sobie coś przypomnieć. Sięgnął ręką po laptopa leżącego na stoliku przed kanapą, na której siedział wraz z Edith. Włączył go i zaczął szukać. Loki podszedł bliżej, stając za kanapą w takiej odległości, by dokładnie widzieć to, co znajduje się na ekranie komputera.
- Byłem w agencji po waszym nieudanym napadzie. Muszę przyznać, że przestraszyłem się, gdy usłyszałem o złapaniu Virveth, ale jednocześnie odetchnąłem z ulgą, gdy dowiedziałem się o twojej ucieczce.
Zamilkł na chwilę, otwierając przy tym dokumenty na urządzeniu.
- Niestety nie ma żadnych przydatniejszych informacji o tym, na jakim poziomie przetrzymywana jest Virveth. Jest tylko wzmianka o skonfiskowaniu jej broni, która znajduje się w zbrojowni na trzecim poziomie, czyli najniższym. Myślę, że nasza mała zabójczyni znajduje się gdzieś pośrodku całego kompleksu i zapewne jest bardzo dobrze strzeżona.
Edith spojrzała ukradkiem na boga kłamstw, który wpatrywał się beznamiętnie w ekran.
- Dokładnego planu statku także nie udało mi się zdobyć, musiałbym mieć więcej czasu, żeby dostać tak zabezpieczone dane, a ty Edith pewnie aż rwiesz się, by jak najszybciej uwolnić Virveth, prawda?
Kiwnęła ochoczo głową. Haden nie wiedział, jaki plan zrodził się w głowie Lokiego. Edith natomiast na samą myśl była bardzo podniecona.
***
Nie spodziewała się, że bóg kłamstw będzie aż tak dobrze przygotowany. Znał dokładną datę i godzinę rozpoczęcia bankietu w jednej z większych hal w Nowym Jorku, ba, wiedział nawet o kobiecie, reporterce, która miała się tam pojawić, oraz przeprowadzić wywiad z Tomem Starkiem.
Gdy zapytała się, skąd ma te informacje, odpowiedział tylko:
- Nie sądzę, bym musiał ci tłumaczyć, jak łatwo manipulować ludźmi.
Jej pierwszym celem było zabicie reporterki. Nie ufała za bardzo Lokiemu, ale dała się w końcu przekonać, przecież nie miała innej opcji. Haden wraz z Varenem byli utalentowanymi zabójcami, jednak nie wierzyła w nich aż tak, żeby postawić na nich wszystko. Loki był bogiem, był trochę lepszą, choć nie do końca, opcją. Była gotowa się poświęcić dla Virveth.
Parę dni później, wieczorem stała pod domem swojej ofiary. Zwykły, biały jednopiętrowy domek z czerwonym dachem.
Przeskoczyła zgrabnie przez ogrodzenie, po czym ujrzała zadbany, piękny ogród. Kochała kwiaty, ich słodki, cudowny zapach i drzewa, wraz z ich liśćmi, których szum przynosił ukojenie dla uszu.
Rozejrzała się, szukając miejsca, którym najłatwiej byłoby się jej dostać do domu. Drzwi balkonowe na pierwszym piętrze wydawały się dla niej wprost idealne. Były uchylone, co ułatwiało całe zadanie.
Bawiło ją to, jak ludzie czują się bezpiecznie we własnych domach, nie mając pojęcia o czającym się zagrożeniu.
Balkon podparty był dwoma, białymi filarami, a głębiej stał drewniany stół, który Edith miała zamiar wykorzystać. Na dłoniach miała rękawiczki, dzięki którym nie zostawiała śladów.
Kobiety jeszcze nie było w domu, prawdopodobnie wracała właśnie z pracy, więc zabójczyni musiała się spieszyć.
Przesunęła minimalnie stół tak, żeby mogła go wykorzystać jako podporę. Była to naprawdę niewielka odległość, więc nawet właściciel mógł nie zauważyć, że jego własność została poruszona.
Potrafiła wyskoczyć naprawdę wysoko. Cofnęła się parę kroków, po czym rozpędzona odbiła się od drewnianego blatu, łapiąc dłońmi ogrodzenie balkonu. Zaczęła się powoli wciągać, zaglądając przez szybę, czy nie ma w środku żadnego człowieka, lub zwierzęcia. Stanęła, opierając się stopami o krawędź balkonu, po czym przerzuciła jedną nogę na drugą stronę. Przeszła, stąpając ostrożnie po białych kafelkach. Uchyliła trochę bardziej drzwi, które były blokowane przez skórzaną pufę. Weszła do środka, rozejrzała się.
Pokój miał pomarańczowe ściany, przyozdobione w niektórych miejscach wycinkami z gazet, zapewne dotyczące samej reporterki.
Plazma wisiała nad komodą, która stała naprzeciwko dużego, pokrytego białą pościelą, łóżka.
Usłyszała trzask otwieranego zamka od drzwi wejściowych, po czym cały dom wypełnił odgłos stukających obcasów.
Wróciła.
Słyszała krzątaninę, dobiegającą z dołu. Kobieta ściągała ubranie wierzchnie, szykowała się, by prawdopodobnie coś zjeść, lub żeby zaraz wejść pod prysznic.
Edith była skupiona na tym, by wychwycić moment, gdy ta będzie przechodzić obok swojej sypialni, lub jak będzie chciała wejść do środka. Nasłuchiwała uważnie, próbując skojarzyć dane dźwięki z czynnościami, jakie człowiek może robić u siebie w domu.
Czekała dalej. Była bardzo cierpliwa w takich sytuacjach, potrafiła stać w danym miejscu parę godzin, czekając na swoją ofiarę.
Reporterka przygotowywała sobie posiłek, gdy nagle zadzwonił telefon stacjonarny w sypialni. Edith odwróciła głowę w jego stronę. Stał przy łóżku, na półce, grając głośno jakąś prostą melodię.
To była szansa, której wyczekiwała. Dudnienie szybko wchodzącej kobiety po schodach na górę sprawiło, że najeżyła się jak kotka przed walką. Cofnęła się o krok, stając tuż przy drzwiach.
Kobieta chwyciła za klamkę, naciskając w dół. Drzwi uchyliły się, ukazując ją w całej okazałości. Długie, brązowe włosy, falowały pod wpływem jej kroku. Delikatne zmarszczki w kącikach oczu i ust, które ustawiły się w pozycji, w jakiej ustawiają się podczas uśmiechu, nadawały jej łagodny wygląd. Musiała czekać z niecierpliwością na ten telefon, skoro wydawała się, jakby unosiły ją skrzydła szczęścia.
Wybacz, że muszę zniszczyć twój dobry humor.
Złapała ją za skraj koszuli, ciągnąc do siebie. Kobieta wbiła w nią swoje zaskoczone, brązowe oczy, nie wiedząc co się dzieje. Edith przyciągnęła ją do siebie, przerywając bardzo szybko słabą nić życia. Poderżnięcie gardła z taką szybkością, oraz precyzją nie sprawiało zbyt wiele bólu ofierze. Krew chlusnęła na podłogę, zostawiając szkarłatny ślad.
Przetrzymała ciało, które opadło bezwładnie w jej ramiona. Westchnęła głęboko, wiedząc, jaka czeka ją teraz robota. Posprzątanie całego tego syfu, wręcz uwielbiała tę część tej pracy. W końcu ciało musiała ukryć na tyle dokładnie, by starczyło jej czasu na wszystko, co miała zrobić.
Westchnęła głęboko.
Naprawdę tego nienawidziła.
***
Wróciła do mieszkania. Była godzina dwudziesta, bankiet zaczynał się na godzinę dwudziestą trzydzieści. Spojrzała na Lokiego, który stał oparty o framugę drzwi salonu, a jego twarz nie wyrażała niczego.
- Co teraz? – zapytała, krzyżując ręce na piersi.
- To proste, udasz się na ten bankiet. – odpowiedział spokojnie.
- Mam się przebrać za tę kobietę? – prychnęła sarkastycznie.
- Myślę, że mam coś o wiele lepszego, niż zwykłe przebranie.
Uniosła pytająco brwi.
- Podejdź tu. – rozkazał jej.
Zrobiła to, podeszła do niego bliżej.
- Wyglądała mniej więcej tak, prawda?
Poczuła mrowienie w całym ciele, po czym przeszedł ją dreszcz, wraz z uczuciem, jakby się zmniejszała. Spojrzała na niego zdziwiona. Jej dłonie były mniejsze, trochę ciemniejszego koloru. Ubranie także zmieniło się na bardzo formalne, a piękne, czerwone, gęste włosy stały się trochę rzadsze, brązowe.
- Co do diabła…? – wyszeptała do siebie. Zdziwiła się, gdy usłyszała swój głos. Stał się wyższy, bardziej piskliwy.
- Resztę zostawiam w twoich rękach. – powiedział.
- Ale… mam go tutaj sprowadzić? Co chcesz, żebym zrobiła?
- To, co potrafisz najlepiej. Wyciągnij z niego informacje, których potrzebujesz. Możesz go uwieść, jeśli masz taką ochotę. Możesz go zabić, jeśli ci się to znudzi. Nie obchodzi mnie, co się z nim stanie.
Uśmiechnęła się do niego. Nie spodziewała się takich rezultatów podczas współpracy z nim.
***
Edith wsiadła do żółtej taksówki, uśmiechając się do kierowcy. Mina jej zrzedła, gdy ujrzała swoje odbicie w lusterku. Teraz jej twarz nie była ani trochę seksowna.
Przez całą jazdę zastanawiała się, jak ma uwieść Starka, skoro ta kobieta nie ma w sobie krzty seksapilu?!
Mijali wysokie budynki, mieniące się na tle ciemnego nieba. Ludzi było pełno, jak mrówek, które dążą do swoich celów, jakie wyznaczyło im życie.
- Jesteśmy na miejscu. – taksówka zatrzymała się pod ogromną halą, bardzo elegancką. Edith często bywała w takich miejscach, gdy miała zlecenia na jakąś „grubszą rybę”.
- Miłego wieczoru! – powiedziała, wychodząc z samochodu po zapłaceniu za przejazd. Stanęła przed szerokimi, jasnymi schodami prowadzących do ogromnego, oświetlanego wejścia.
Na sam widok rzygała całą tą sztucznością, jaką ludzie wokół siebie tworzyli na takich spotkaniach.
Stukot obcasów był zagłuszany przez otaczający ją harmider tworzony przez rozmawiających ludzi i muzykę – spokojną, wyrafinowaną, mająca wprowadzić w odpowiedni nastrój.
Weszła do środka. Ogrom pomieszczenia sprawił, że poczuła się jeszcze mniejsza, niż gdy Loki przemienił ją w tą niską kobietę – od razu nie spodobała jej się sytuacja w jakiej się znalazła, ponieważ bóg kłamstw wydawał się jeszcze bardziej nad nią górować.
Ciekawe, jak to widzi Virveth, która jest jeszcze niższa, niż ta reporterka?
Zaśmiała się do siebie na samą myśl.
- Proszę pani, proszę poczekać! – poczuła dłoń na ramieniu. Odwróciła się, gotowa do ataku, ale opamiętała się. Przecież jest teraz kimś zupełnie innym.
Mężczyzna ubrany był w garnitur, przy uchu miał malutką słuchawkę. Ochroniarz.
- Słucham? – zapytała grzecznie.
- Jest pani dość niska, więc zniknęła mi pani w tłumie przy wejściu, a jestem zobowiązany sprawdzić każdego gościa. To znaczy jego wejściówkę.
Otworzyła torebkę wiszącą na jej ramieniu. Znalezienie przepustki zajęło jej mniej niż minutę. Podała ją mężczyźnie.
- Pani Meyer… - mruknął do siebie. – Życzę udanej zabawy. – powiedział, oddając papier w jej dłonie.
- Dziękuję bardzo. – odpowiedziała spokojnie.
Odeszła od niego, rozglądając się po pomieszczeniu. Ogromne stoły, pokryte drogimi potrawami i napojami. Kelnerzy chodzili między ludźmi, proponując im szampana, lub przekąski.
Od razu zauważyła młodego, lekko zestresowanego kelnera. Tacy jak on łatwo wpadali w sidła kobiet takich jak Edith. Posłała mu tajemniczy uśmiech, na co on spuścił wzrok. Zasłoniła usta dłonią, powstrzymując chichot.
Przechodziła zgrabnie z jednej grupy, do drugiej, szukając swojego celu. Niespodziewanie pojawił się przed nią.
- Przepraszam! – zawołała, widząc, że znika jej z oczu.
Odwrócił się, unosząc brwi, jednak po chwili zrobił minę, jakby coś odkrył.
- Pani Meyer? – zapytał.
- Tak, to ja. Miło mi, panie Stark. – wyciągnęła dłoń w jego stronę, którą z chęcią uścisnął.
Playboy.
To była pierwsza myśl na jego widok.
- Słyszałem, że miała pojawić się reporterka. Czego pani ode mnie oczekuje?
- Chciałabym przeprowadzić z panem wywiad. Ludzie chcą wiedzieć, co ma do powiedzenia bohater! – komplementy łatwo padały z jej ust. Druga strona natomiast łatwo je łykała.
- Może pójdziemy w bardziej ustronne miejsce?
- To świetny pomysł, panie Stark! W tym hałasie byłby problem, żeby spokojnie porozmawiać.
To była jej szansa, by być z nim sam na sam.
Wyszli bocznymi drzwiami, które prowadziły na długi korytarz. Wyglądało na to, że hala była połączona z hotelem. Brązowe drzwi po obu stronach długiego tunelu wydawały się bardzo ponure, w przeciwieństwie do całej reszty. Jasnobrązowe panele, wypolerowane tak dokładnie, że widziała swoje odbicie w połączeniu z jasnożółtymi ścianami z jednolitym, trochę ciemniejszym wzorem sprawiały, że wszystko wyglądało bardzo ładnie i schludnie. Piękne, ozdobione żyrandole wisiały pod sufitem.
Szli w milczeniu, gdy nagle mężczyzna się zatrzymał, wyciągając kartę z kieszeni – prawdopodobnie klucz do jego pokoju. Drzwi piknęły, ukazując całe pomieszczenie. Weszli do środka. Salon było podobnie zrobiony jak korytarz, tylko w ciemniejszych odcieniach. Po prawej stronie było wejście do łazienki. Po środku pokoju stała kanapa, a przed nią telewizor. W tle ujrzała wyjście na balkon, a po lewej uchylone drzwi od sypialni.
- Proszę, usiądź. – wskazał jej miejsce na kanapie. Uczyniła to, robiąc przy tym parę gestów niewerbalnych. Zawsze tak robiła, to był rytualny wstęp do tego, co działo się potem. Uśmiechnęła się.
- Naprawdę się cieszę, że zgodził się pan na tę rozmowę.
- Cała przyjemność po mojej stronie. – usiadł rozluźniony obok niej, jednak trzymał dystans.
- No to zaczynajmy! – powiedziała radośnie, wyciągając długopis i skoroszyt do pisania.
Prowadziła rozmowę w taki sposób, by czuł się przy niej swobodnie, by potem móc nagle zaatakować. Wysyłała coraz więcej znaków, zmieniała ton swojego głosu, powoli zmniejszała odległość między nimi. Niewiele czasu minęło, a Stark pochwycił przynętę. Sam zaczął się do niej zbliżać, wydawał się coraz mniej zainteresowany pytaniami. Wpatrywał się w jej usta, gdy mówiła.
- Więc jest pan narodowym bohaterem?
- Tak o mnie mówią, jednak… - zaczął.
- Więc może pomożesz mi znaleźć moje majtki? – zapytała, wpatrując mu się w oczy. Odłożyła zeszyt, po czym położyła rękę na jego kolanie. Zbliżyła swoje wargi do jego. Nie protestował, czekał na jej ruch. Pocałowała go dziko, namiętnie, siadając na nim okrakiem. Jego ręce szybko znalazły się pod jej koszulką, którą ściągnął z niej prawie od razu, odkrywając ramiona, piersi i brzuch. Edith zobaczywszy swoje zmniejszone piersi, jęknęła w myślach.
Rozpięła w pospiechu jego marynarkę, rzucając ją gdzieś w kąt. Od razu jej szczupłe palce zajęły się guzikami koszuli. Cofnął ręce, by ją ściągnąć. Całowała jego usta, sięgając ręką do paska przy udzie. Wyciągnęła małe ostrze, przykładając mu do gardła.
- Może porozmawiamy o czymś, co mnie bardziej interesuje? – zapytała grzecznie, przejeżdżając językiem po jego dolnej wardze.
Był zdezorientowany, nie wiedział kompletnie, co się właśnie stało. Złapał ją w talii, jednak ona była szybsza. Uderzyła go w twarz łokciem, przeskakując przez kanapę za nim. Przycisnęła ostrze do jego grdyki.
- Bez mojego pozwolenia nie możesz nawet przełknąć śliny. – zamruczała mu do ucha.
Poczuła uścisk na ręce. Chciał odciągnąć sztylet od swojego gardła. Nie miała zamiaru dać mu możliwości ucieczki. Drugą ręką zadała mu mocny cios z w tył głowy, ogłuszając go.
- Co za problematyczny mężczyzna.
Obeszła kanapę, podchodząc do torebki. Wyciągnęła z niej telefon komórkowy, wybierając numer Hadena. Czekała, aż odbierze.
- Halo? – głos w słuchawce był ciepły, miły.
- Jesteś w mieszkaniu? – zapytała wprost.
- Tak…
- Daj Lokiemu telefon. – przerwała mu.
Usłyszała trzeszczenie, gdy Haden podawał telefon bogowi kłamstw.
- O co chodzi? – zimny głos wypełnił jej uszy.
- Tony Stark leży ogłuszony na hotelowej kanapie. – powiedziała.
- Zaraz będę. – odpowiedział, rozłączając się.
No tak, przecież mógł zamienić się w kogo chciał, lub zniknąć. Dla niego nie byłoby problemem, żeby dostać się do pokoju Starka.
Zamyśliła się.
Unieruchomiła mężczyznę, dopóki był nieprzytomny, siadając obok, zapalając papierosa, oraz czekając na boga niegodziwości. Mieli przed sobą całą noc, aż do zakończenia bankietu. 
Tony na pewno nie spodziewał się takiego obrotu spraw.



  



15 komentarzy:

  1. Nareszcie rozdział!Trochę długo musiałam na niego czekać ale za to jest taki długi.Doskonale tu oddałaś mitologiczny charakter Lokiego-nabroić a potem naprawić krzywdę by samemu nie oberwać(choć odbyło się tu bez gróźb karalnych).
    Dobrze,że się ta sytuacja wyjaśniła,wiedziałam,że to najprawdopodobniej on jest za to odpowiedzialny(chyba tylko wobec Friggi się porządnie zachowywał) mimo to w imieniu Virveth jestem na niego wściekła.
    Kompania ratunkowa ruszyła pełną parą-nie sądziłam,że Loki do nich dołączy tylko sam będzie ratował Virveth.
    Śmieszny był nieco stres Edith-chętność dodaje dziewczynom atrakcyjności w oczach mężczyzn a dla Tonego Starka...Chyba nie muszę kończyć zdania.
    Weny życzę !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, dziękuję. Wiem, że długo nie było rozdziału, ale wolałam nie wrzucać czegoś, co uznałam za beznadziejne/niegodne :D.

      Usuń
  2. Więc to Loki podłożył Virveth świnię.Oby dziewczyna mogła go potem porządnie kopnąć w dupę.Ciekawe też jak się rozwinie sytuacja ze Struanem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam ten rozdzial. Każda scena tutaj jest tak dopracowana, świetnie opisana. Opłacało się czekać. :-)
    Kocham to w jaki sposób kreujesz Lokiego. Jest w nim cos takiego... Seksowny dupek. Najbardziej spodobała mi się scena kiedy bohaterka strzeliła mu w głowę XD. Czarodziej.
    Czekam na więcej i życzę weny.

    OdpowiedzUsuń
  4. Daj mi kolejny rozdział! Proszę, proszę, proszę! Uwielbiam twojego bloga. Dobrze się czyta twoje opowiadanie. Jest schludne, dobrze napisane ale co najważniejsze - interesujące! Więc nic, jak tylko czekać na kolejny rozdział. Nie mogę się doczekać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piszę :). Dziękuję za bardzo miły komentarz xd.

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Hej, wrzucę, kiedy go napiszę i wprowadzę odpowiednie poprawki. Niewiele już zostało. Cierpliwości :DD

      Usuń
  6. FAJNIE piszesz,niestety nie słyne z cierpliwości,ale postaram się przetrwać do tego czasu

    OdpowiedzUsuń
  7. Ile jeszcze można czekać!? Twoje opowiadanie jest bombowe i nie chce czekać całej wieczności na kolejny rozdział więc weź dupę w troki,napisz i wstaw!

    OdpowiedzUsuń
  8. Hej , piszesz jeszcze tego bloga ? Jest świetny i bardzo chętnie przeczytała bym więcej <3 cudowny rozdział , z resztą jak i poprzednie ;)
    Jedno w blogach o Lokim się nie zmienia ... jego zabójczy charakter :) kocham tego zimnego, obojętnego i seksownefo drania :D

    OdpowiedzUsuń